Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 
 
Mam na imię Zbyszek i postaram się Wam co nieco opowiedzieć z mojego życia. Pochodzę z Warszawy, z Pragi. Dzieciństwa już tak z detalami nie pamiętam, ale te ważniejsze sprawy utkwiły w pamięci na stałe. Ojciec pił bardzo często i bardzo dużo. Przychodził do domu zawsze po alkoholu. Starszy o 7 lat ode mnie brat brał z niego przykład i nie odbiegał od rodzinnych norm. Dobre wzorce miałem do naśladowania. Pamiętam, że już w przedszkolu zacząłem próbować palić papierosy i jak tylko nadarzyła się okazją to i alkoholem nie pogardziłem. Chodziliśmy z kolegami na pociągi i tam można było się zaciągać do woli bez chowania się. Z kasą było słabo, ale zawsze ktoś tam starym parę groszy podprowadził i było na nową paczkę. Któregoś dnia podkablowała nas sąsiadka. Przyszła do moich rodziców i wszystko powiedziała co wiedziała. Skąd się dowiedziała do dzisiaj jest tajemnicą. W każdym razie znała wszystkie szczegóły i opowiedziała o nich dokładnie. Matka po mieszkaniu ganiała mnie ze sznurem od żelazka. Do dziś nie mogę jej tego zapomnieć. Przecież mogła mnie zabić. Dzieciak sześcioletni okładany przez osobę dużo starszą z całą siłą, z furią przez dużo starszą osobę, która bije na oślep. Kto by mógł przypuszczać, że to jest akurat jego mama. Niestety tak też bywało. Na ogół lał mnie ojciec. Dzienniczek przeglądał codziennie. Nie trudno się domyśleć, że mając w domu taką przyjemną atmosferę  to i mnie samemu też się zdarzało w szkole narozrabiać dość często, więc i często mnie lał. Nieraz rękami, nieraz paskiem ze skóry. W każdym razie systematycznie mnie okładał z należytą dokładnością. Przychodził do domu z pracy nachlany i pierwsze kroki po wejściu do domu kierował do mojego pokoju i przeglądał dzienniczek ucznia. I tak dobrze, że nie wziął nigdy przykładu z mamy i nie używał do tego sznura od żelazka. I jeszcze byłoby wszystko w normie, bo do wszystkiego można się przyzwyczaić. Wszystko, żeby nie tylko mój starszy brat. On był w te klocki najlepszy. Bił mnie też bardzo często za złe stopnie w szkole mimo, że sam nigdy dobrze się nie uczył, ale to jeszcze nic. On przewyższał wszystkich. Miał specjalne predyspozycje do tych rzeczy. Jak widział u mnie złe oceny nalewał wody do wanny i przytapiał. Tego bałem się najbardziej. Płakałem, krzyczałem, wyrywałem się, ale na nic to się zdało. Był dużo silniejszy. Dobrze byłem zahartowany przez rodzinę. Sam też nie byłem gorszy. Musiałem przekazać rodzinne tradycje młodszemu bratu. Też nieraz oberwał ode mnie nieźle, ale do mojego starszego brata było mi daleko. Ja bardziej lubiłem się wyżywać na dzieciakach ze szkoły. W mojej klasie i wszystkich równorzędnych wszyscy mnie się słuchali.  Te uwagi w dzienniczku były przeważnie za bicie się w szkole.
 
Koledzy starsi z podwórka bardzo lubili takiego młodszego rozrabiakę. Widzieli jak się biłem na przerwach i po lekcjach. Sami nieraz mnie namawiali do takich bójek. Najbardziej lubili patrzeć jak się biję ze starszymi chłopakami ode mnie. Nieraz byli to starsi o rok, a nieraz o dwa lata chłopaki. Za takie walki dawali napić się alpagi z gwinta. Już w czwartej klasie podstawówki potrafiłem taką alpagę wypić jednym chełstem do dna. W podstawówce z klas równorzędnych nie miałem sobie równych, a i połowę osobników w klasach o rok starszych ode mnie rozwalałem. Szkoda tylko, że nie zamieniło się to w energię sportową. Teraz tak myślę sobie, że gdybym poszedł boksować do jakiegoś klubu byłaby to najlepsza rzecz, którą kiedykolwiek bym zrobił. Byłem bardzo wysportowany i umiałem się dobrze bić. Może to wszystko brało się z tego, że nigdy się niczego nie bałem i zawsze byłem zawzięty do bólu. Nie mogłem strawić, że ktoś mógłby być lepszy ode mnie. Często zaczepiałem innych bez żadnej przyczyny. Zabierałem im kanapki, kasę, albo inne rzeczy, jak mi się spodobały. Do dziewczyn byłem raczej nieśmiały, ale lubiły mnie, albo się mnie bały. Jak chciałem to sobie podotykałem gdzie chciałem i nic nie mówiły, ale nic więcej. Lubiły słuchać jak gram i śpiewam na gitarze. Brat starszy mnie nauczył. Jakiś plus po sobie pozostawił. Bardzo dobrze grałem w piłkę nożną, byłem najszybszy w biegach, w pływaniu nie miałem sobie równych i gdyby nie fakt, że już w szóstej klasie byłem nałogowym alkoholikiem to może zostałbym dobrym sportowcem. Nie wiem kogo to wina, ale tak to moje życie właśnie się ułożyło. Do siódmej klasy już nie zdałem. Nie byłem orłem na szkolnych zajęciach. Na jednej z lekcji geografii nie mogłem znaleźć Wisły na mapie Polski. Dzieciaki śmieli się ze mnie głośno. Głupio mi było, ale na przerwie pokazałem im kto się śmieje ostatni. Za niezdanie do siódmej klasy dobrze mi się w domu oberwało od ojca i od starszego brata oczywiście też, ale były to już ostatnie baty jakie dostałem bez żadnych oporów z mojej strony. Rok później potrafiłem już postawić się bratu i często się razem biliśmy. Wolałem dostać w walce niż żeby znęcał się nade mną przy wannie topiąc mnie albo innych swoich ulubionych sadystycznych sztuczkach. On zresztą też dobrze zakrapiał i nie służyło mu to. Był raczej wątły i chorowity. Jak trafiłem, że był po dobrym kielichu to szanse były wyrównane. Gdy ukończyłem 15 lat role się odwróciły. Już nawet nie próbował bo oklepywałem go bez litości za wszystkie jego grzechy. Ojcu też nie podarowałem. Jak wracał pijany to spał na klatce, albo na podwórku. Nie było zmiłuj. Mamę nad życie kochałem mimo, że tak mnie tym sznurem okładała. Zawsze przecież to mama z sercem i uczuciem do swoich dzieci. Zawsze o nas dbała, karmiła nas i opiekowała się na swój sposób. Brat młodszy też niczemu nie był winny. Wyrósł na tej samej strawie co ja i też był bardzo podobny do mnie, ale nigdy mnie nie przewyższył, a ja nad nim nigdy się tak nie znęcałem, jak nade mną ojciec i starszy brat.
 
Szkolę podstawową udało mi się jakoś skończyć, chociaż raczej czułem, że chcieli mnie się bardziej pozbyć, aby inne dzieci miały spokój. Za namową mamy próbowałem jeszcze gdzieś pójść dalej do szkoły, jak wszyscy inni, ale już coś nie wyszło. Piłem oczywiście tak często, jak tylko mogłem. Fajki jak wspomniałem wcześniej jarałem już od przedszkola. Narkotyków nigdy, no może nie nigdy, ale nie próbowałem, nie używałem. Powiedziałem, że może nie nigdy, bo pamiętam, jak miałem złamaną nogę przyszedł do mnie koleszka i poczęstował mnie amfą. Noga w gipsie. Ledwo co chodziłem o kulach. Wysyłałem wszystkich do sklepu po zakupy bo sam siły nie miałem aby chodzić. Jak wziąłem dwie ściechy to dosłownie biegałem z tym gipsem. Kule nie były mi potrzebne. To był tylko ten jeden raz, może zdarzył się i drugi, ale to wszystko. Wychowałem się w takim środowisku, że ćpuny nie były tolerowane wśród naszych znajomych i ich goniliśmy. Szkoły zawodowej nie udało mi się skończyć. Poszedłem do więzienia za poważny rozbój. Dostałem 10 i pół roku. Po odwołaniu się doklepali mi jeszcze półtora. Razem było 12 lat. Odsiedziałem od deski do deski. Na początku nie było łatwo. Dłużyło się bardzo, nie było co wypić, ale dzięki dobremu wyszkoleniu z domu i tu  potrafiłem się odnaleźć. Można powiedzieć, że służyło mi to miejsce. Polubiłem to życie i wcale nie tęskniłem za rodzinnym domem. Dostałem przepustkę na pogrzeb mojej mamy. Nie wstawiłem się z powrotem. Siedziałem w domu i pobliskiej knajpie. Cały czas piłem. Non stop, zawsze do nieprzytomności. Koledzy staremu druhowi stawiali. Zresztą cały cas miałem "dobrą" opinię. Bar był po drugiej stronie ulicy. Na wysokości baru pętla autobusowa. Jak przechodziłem przez ulicę za każdym razem wybiegałem zza autobusu na oślep i przebiegałem przez ulicę.  Jakoś żaden samochód nie był mi przeznaczony. Taką miałem psychikę. Taki normalny wyrosłem. Balowałem tak przez pół roku. Przyjechali po mnie i zabrali z powrotem do więzienia.
 
Jak wyszedłem nie byłem już taki młody i taki silny. W więzieniu nie było sposobności pić, ale zapewne to lokum mnie nie wzmocniło. Nie lubiłem ćwiczyć jak co poniektóre dzieciaki. Wolałem czaju skombinować i napić się. Zawodu żadnego nie miałem. O pracy raczej też nie marzyłem, a o założeniu swojej rodziny tym bardziej. Robiłem to, co umiałem najlepiej. Cały czas piłem. To mi naprawdę wychodziło. Jakimś cudem zapoznałem dziewczynę, która na dodatek była dobra złodziejką i przynosiła mi do domu skradzione jedzenie i inne fanty. Dużo tego było. Sprzedaliśmy po atrakcyjnych cenach i kupowaliśmy alkohol. Ona też lubiła ze mną się napić, ale nie aż tak. Nie byłem dla niej dobry. Biłem ja ciągle. Ona mi przynosiła jedzenie, alkohol, kochała mnie i dawała mi inne rzeczy, a ja w zamian potrafiłem tylko to. Jak może ktoś o takiej nadszarpniętej psychice być normalny i komuś okazywać jakiekolwiek uczucia. Po pewnym czasie już nie miałem siły nawet chodzić. Alkohol mnie rozebrał na dobre. Dziewczyna odeszła z kolegą, który zawsze był dla niej miły. Tacy to już są koledzy. Zawsze jak odchodzi od ciebie żona, czy dziewczyna to okazuje się, że z twoim najlepszym kolegą. A ja? A ja piłem i piłem i piłem dalej. Bo to zawsze kochałem najbardziej. Ten zawrót głowy, tą pustkę, tą nicość. Piszę to wszystko teraz tu, zza grobu, bo dane mi było przeżyć tylko i aż 32 lata. I gdyby nie więzienie odsiedziane od deski do deski, a było tego całe 12 lat, to pewnie moje życie wyglądałoby trochę inaczej. Zapewne byłoby dużo krótsze.
Wiem, że nie ma się czym szczycić, ale tylko chciałem przedstawić wszystkim historię prawdziwą, że takowe też się zdarzają.
 
Dzięki. Cześć.
 
Zbynek